Adam Rejman: Nigdy więcej wojny

Adam Rejman 
"Nigdy więcej wojny"


Muszę przyznać, że był taki czas, kiedy bardzo brakowało mi jakichkolwiek pisanych informacji o przebiegu wojny w  Czarnej, o czym przecież tyle nasłuchałem się w dzieciństwie. W związku z tym wielokrotnie przymierzałem się do spisania z pamięci choćby części tego, o czym tak chętnie opowiadali dorośli. Nie wiedziałem, że był ktoś, kto przez wiele lat ciężko nad tym zagadnieniem pracował i spotykając się z czarnieńskimi seniorami, najważniejsze sprawy spisywał. Człowiekiem tym był ksiądz Piętowski, który tematowi wojny, w tym również tematowi wojny w  Czarnej, poświęcił dużą część swojej monografii. 
O  wielu opisywanych przez księdza wydarzeniach, słyszałem. Również niektóre sprawy związane z wojną i okresem powojennym, które opisali w międzyczasie inni kronikarze, są mi po części znane. Jest jeszcze jednak kilka takich, o których nikt nie wspomina, a które jak sądzę, warte są utrwalenia. A tak o nich opowiadano i tak je zapamiętałem: Niemcy gdy wkraczali, to "walili dzień i noc ".  Tu od razu wyjaśniam, że "walili" nie oznacza, że strzelali, tylko przemieszczali się na wschód. I  byli bardzo butni, co objawiało się m.in. tym, że śpiewali piosenkę o następującym refrenie: "Zabierzemy Polskę jak różowy kwiat... Zabierzemy Rosję... Potem cały świat". Wygląda więc na to, że śpiewali po polsku o czym mogą świadczyć choćby rymy i chodziło im prawdopodobnie o efekt psychologiczny. Nie ma jednak pewności, czy wszyscy rozumieli, co śpiewają. Przeważnie uśmiechnięci. Oni, młodzi mieszkańcy Hamburga, Drezna i  Wrocławia, a więc miast, w których jeździły już tramwaje, wkraczali oto do kraju, w którym były małe drewniane domy kryte słomą. W których zamiast podłogi było klepisko, wodę ze studni czerpano żurawiem, ludzie chodzili boso, wieczorne ciemności rozświetlano lampą naftową, a niektórzy starsi mieszkańcy pamiętać mogli jeszcze łuczywo.
Wśród tych nielicznych Niemców, którzy wycofywali się po przegranej wojnie, trafiali się też tacy, którzy płakali i często mocno pokaleczeni, skarżyli się że  Hitler ich oszukał, bo zwycięska dla nich wojna miała trwać tylko 2 tygodnie. Na razie jednak jechali, jak na safari i po przygodę. Karmieni przez wiele lat propagandą o rasach wyższych i niższych, prawdopodobnie nie domyślali się nawet, że w tych śmiesznych drewnianych chatach, mieszkają ludzie tacy jak inni, którzy pracują, modlą się, kochają, a niektórzy nawet piszą wiersze i teatralne sztuki. 
Rozpoczęła się okupacja, a wraz z nią istny potop różnych zarządzeń. Sytuację na tym polu trafnie określało powtarzane z ust do ust powiedzenie jakiegoś Czarnianina /niewykluczone, że był nim legendarny  Markiel/, które brzmiało "Splunij dalej - kara śmierci".  Przednówek i głód, to były pojęcia nie obce w wielu domach przed wojną. Opowiadał  Ojciec, że jako dzieci, w niektóre lata chodzili zrywać wodniste jeszcze kłosy jęczmienia, aby Matka mogła upiec z nich jakieś placki. Trzeba się było z tym jednak ukrywać, bo na wsi taka bieda, to był powód do wstydu. Opowiadała  Matka, że bywało tak, że ludzie przypominali sobie o schowanym gdzieś na czarną godzinę na strychu chlebie i jedli go, "aż im się z gęby kurzyło". A kurzyła się pleśń, którą taki chleb, zdążył porosnąć. Niemieckie zarządzenia i nakładane kontyngenty, sytuację tą jeszcze pogłębiały. 
W  tym miejscu warto zwrócić uwagę na to, że w tych warunkach nie tylko udzielenie schronienia komuś tropionemu przez żandarmerię było czynem bohaterskim. Było nim również podzielenie się przysłowiową kromką chleba. Rozpoczęło się wyłapywanie i rozstrzeliwanie tych nielicznych Żydów, którzy usiłowali przetrwać wśród pól i lasów, oraz w udzielanych im sporadycznie schronieniach w obrębie gospodarstw. Zlikwidowanie jednego z aktywniejszych katów nazwiskiem  Kratzinger nie wchodziło w rachubę, choć było dziecinnie proste. Czarnieńskie podziemie nie podjęło takiej decyzji z obawy o los wyznaczonych zakładników, którym w razie zabicia żandarma, groziła śmierć. Wśród Czarnian bezsilnie patrzących na los Żydów, panowało powszechne przekonanie, że kiedy Niemcy wykończą  Żydów, to samo będą chcieli zrobić z  Polakami. Krążyły pogłoski, że nieliczne rodzące się w czasie wojny dzieci, mają być sterylizowane. W  związku z tym  Czarnianie, tak jak większość Polaków w tym okresie, zbroili się i organizowali. Ojciec, który przed końcem wojny wrócił z niemieckiej niewoli, bardzo szybko wstąpił do jednej z działających w podziemiu organizacji, po napomnieniu przez starszego brata: "Musisz się gdzieś zapisać, bo tu każdy gdzieś należy". Z tym "każdy" nie do końca to była prawda, a domy tych, którzy nie chcieli się nigdzie zapisać, były dyskretnie obserwowane. Czarnian dwukrotnie ostrzegano przed możliwą pacyfikacją wsi. Informował o tym z Łańcuta współpracujący z podziemiem granatowy policjant. Człowiek ten był mocno torturowany po tym, jak w sienniku łóżka na którym spał na posterunku, znaleziono konspiracyjną prasę. Dręczony, do końca twierdził, że bibułę musiał tam zostawić jego poprzednik. W  końcu dano temu wiarę i pozwolono pracować w policji nadal, dzięki czemu podziemie znów miało tam swojego informatora. Każdorazowo po zawiadomieniu o mającej nastąpić pacyfikacji, Czarnianie wyprowadzali kobiety i dzieci w pola, a sami oczekiwali w gotowości walki do końca i stan taki mógł trwać nawet kilka dni i nocy. Do pacyfikacji jednak na szczęście nie doszło.
Czarnieńscy partyzanci poczynali sobie dość śmiało, bo bywało i tak, że na jednym skraju pastwiska stały patrole, a na drugim ćwiczono się w formowaniu okopów. Do Czarnej docierała konspiracyjna prasa, choć za jej kolportaż również groziła kara śmierci. O taką sytuację otarł się mój Ojciec, kiedy otrzymał polecenie dostarczenia podziemnej bibuły na Wolę. Na rowerze, z pistoletem w kieszeni i bibułą w koszyku zakrytą flancami pomidorów, został zatrzymany na skraju wsi, przez uzbrojonych żandarmów. Na pytanie dokąd jedzie, odpowiedział, że na targ do Łańcuta. Żandarmi koszyka z flancami nie przeszukali i skończyło się na strachu.
Ale oto coraz więcej oznak wskazywało, że Niemcy wojnę przegrali i że będą się wycofywać, a Ruscy są już blisko. Obserwując, jak mało Niemców ucieka, zadawano sobie powszechnie pytanie, gdzie podziała się reszta. W domu mojej Matki pod Borem, na kilka dni zamieszkał młody, ok. 16-letni żołnierz bez karabinu, który swoje rzeczy niósł w worku, szedł pieszo od Kijowa, był 7-krotnie ranny i nie wierzył, że dotrze do domu. Na kwaterze otrzymał od swojej siostry z  Niemiec paczkę żywnościową. To on powiedział, że  Hitler ich oszukał, obiecując szybkie zwycięstwo. Dużo się modlił, a ponieważ moja Matka starała się w czasie wojny uczyć niemieckiego, bywało, że modlili się razem, słowami:  "Unser  Vater, Du bist im  Himmel", itd. / "Ojcze Nasz, któryś jest w  Niebie"/. 
I  oto już nad  Czarną przelatywać zaczęły pociski wystrzeliwane z  Borka, z okolic kościoła  Marii  Magdaleny.  Przelatujące pociski nie były widoczne, wydawały dżwięk podobny do przelatującego odrzutowca i wybuchały przeważnie w lesie. Strzelała radziecka artyleria, a kręcący się jeszcze po wsi Niemcy ostrzegali mieszkańców, że Ruscy mogą zechcieć podpalić wieś i radzili, aby przygotowywać schrony. I  mieszkańcy takie schrony w swoich obejściach kopali. Niektórzy Niemcy przed wyjazdem pocieszali się, że świat będzie im kiedyś pamiętał, że oni jako pierwsi podjęli walkę z komunizmem. 
To w tym mniej więcej czasie dowódcy oddziałów partyzanckich z okolic Łańcuta o czym wiedziano również w  Czarnej, toczyli debaty, czy zaatakować niemieckie podwody, które odpoczywały w jednej z podłańcuckich wsi. Niemcy byli bardzo wyczerpani i słabo uzbrojeni, ale posiadali pewną ilość wozów i koni i można ich było łatwo pokonać. Ostatecznie jednak z obawy, że jakiś wycofujący się i dobrze uzbrojony niemiecki oddział może w odwecie dokonać masakry, od ataku odstąpiono.
Wisłok przez krótki czas stał się linią frontu i wtedy miało miejsce wydarzenie, które dla pewnego młodego Czarnianina o mało nie zakończyło się tragicznie. Młodzieniec ten przeszedł rzekę od strony radzieckiej na niemiecką. Tu warto wspomnieć, że takie pokonywanie Wisłoka z pominięciem promu w drodze do lasu, do kościoła czy do swoich pól a nawet przeprowadzanie bydła, było wśród Czarnian na porządku dziennym. Człowiek ten po schwytaniu, został oskarżony o szpiegostwo i miał zostać rozstrzelany. Przed śmiercią uchroniła go jakaś znająca język niemiecki kobieta, której udało się przekonać  Niemców, że ten nieszczęśnik to co zrobił, zrobił tylko przez głupotę. Wreszcie  Niemcy opuścili  Czarnę i nastał krótki okres "bezkrólewia", gdy Niemców już nie było, a Rosjan jeszcze nie było. To wtedy, w ciągu jednej lub kilku nocy, bez śladu zniknęły wszystkie dęby wyrżnięte przez okolicznych mieszkańców w kompleksie leśnym zwanym bażantarnią, za  Glenikami i pozostały tam same krzaki. Również w tym okresie z Dąbrówek, z niewysadzonych w powietrze magazynów amunicji, granaty i inną broń, znoszono do wsi, koszami. 
Nie wszystkim Niemcom ucieczka się powiodła. W Medyni, na poboczu drogi, utknął niemiecki czołg z załogą. Załoga ta nie kontaktowała się z miejscową ludnością i liczyła prawdopodobnie na dostawę paliwa. Ktoś zawiadomił jednak o tym kręcących się już w okolicy Rosjan i ci podtoczyli po cichu działo, z którego czołg został rozbity. Jeden z mieszkańców, który udał się w to miejsce po pewnym czasie, zastał przewrócony czołg, a obok niego zwłoki grubego Niemca. Czołg ten tkwił tam jeszcze kilka lat po wojnie.
Ale oto do Czarnej wkraczali już zwycięzcy i wyzwoliciele. Jako pierwszy pojawił się oficer na koniu, który z uśmiechem i wysoko uniesioną ręką, pozdrawiał wszystkich. Odwracała się karta historii. Wychodzący z domów mieszkańcy przyjmowali wkraczających Rosjan życzliwie.  Wkrótce pojawiły sie ich całe chmary. Jedni bardziej zorganizowani, inni mniej, przemieszczali się drogą, wzdłuż drogi, lub szli na przełaj przez pola. Zapamiętano, że nawet psy ciągnęły karabiny maszynowe na kółkach a niektórzy żołnierze mieli karabiny na sznurkach. Na pytanie dokąd zdążają, odpowiadali - "Na Berlin!" A na pytanie, co to znaczy, że na samochodach i prawie wszystkim co mają pisze "USA", odpowiadali -  "Ubijom Sukinsyna Adolfa". I śmiali się. Niektórzy poważniejsi, wyrażali obawę, że kiedy już pokonają  Niemców, wtedy Amerykanie mogą zechcieć odebrać im te zabawki i nie wykluczone, że wybuchnie kolejna wojna. I znów żartowali i opowiadali, że u nich są takie maszyny, które za jednym zamachem koszą zboże, młócą, mielą, a z tyłu bułki się sypią, w co Czarnianie oczywiście powątpiewali. Czerwonoarmiści zalegli w czarnieńskich lasach i szykowali się tu na dłuższy pobyt. Wskazywały na to obszerne i solidnie budowane ziemianki, których ślady znaleźć można do dziś. 
Nie obeszło się jednak bez pewnych problemów, o czym może świadczyć wydarzenie, w którym uczestniczył mój  Ojciec, moja  Matka, ich nowonarodzony syn a mój starszy brat, i dziadek. W  czasie kiedy mieszkali jeszcze Pod Borem, którejś nocy do ich domu wdarł się pijany Sowiet z pepeszą i rozpoczął wywalać rzeczy z szafy w celu rabunkowym. Ojciec z Matką i bratem skryli się w piwnicy, a w mieszkaniu pozostał tylko rabuś i dziadek. Po chwili na górze rozległa się seria z pepeszy i usłyszano łoskot upadającego ciała. Matka w piwnicy miała krzyknąć: "Jezus, Maria! Dziadka zabił!". W końcu Ojciec zdecydował się wyjrzeć z piwnicy, aby zobaczyć co się stało, i patrzy, a tu dziadek stoi, w ręku trzyma pepeszę, a Ruski leży. A było tak: kiedy Ruski skierował pepeszę w stronę dziadka, dziadek w ostatniej chwili podbił lufę i cała seria poszła w sufit. Później wyrwał pepeszę z rąk napastnika i obalił go na ziemię. Po chwili zjawili się jacyś oficerowie, którzy rabusia wyprowadzili i nie jest pewne, czy ten, będący w wojennym stresie, łamiący wojskową dyscyplinę żołnierz, dotarł żywy do swoich. 
Nie zawsze spotkania ze zwycięzcami miały tak dramatyczny przebieg. W Czarnej znany jest przecież ten przypadek, kiedy to serdecznie przyjęty na nocleg i ugoszczony nawet ciastem domowego wypieku, młody radziecki oficer obiecał, że o ile przeżyje wojnę, to wróci, aby raz jeszcze podziękować za serdeczne przyjęcie ludziom, których w tej wsi spotkał i słowa dotrzymał. Przyjechał po latach, ale już nie jako jakiś tam oficer, ale jako generał i nie po to, aby ożenić się z młodą gospodynią, jak obiecał, ale zwyczajnie i po ludzku, w odwiedziny. 
Rosjanie dość często pojawiali się we wsi w poszukiwaniu alkoholu. Gdy nie było bimbru, zadowalali się winem domowej roboty. Bywało, że próbowali wymuszać strasząc: "Dla Giermańca miałeś, a dla mnie nie masz?" Najczęściej jednak proponowali handel wymienny, ale tu trzeba było zachować ostrożność, bo np. potrafili sprzedać za wódkę konia, a na drugi dzień odebrać go, jako własność  Armii Czerwonej. W ten sposób moi Ojcowie nabyli od nich za 6 butelek wina domowej roboty pokaźnych rozmiarów miedziany kocioł, który na wszelki wypadek natychmiast zakopali w ogrodzie. Po wojnie kocioł ten używany był do smażenia marmolady z opadłych jabłek i korzystało z niego wielu mieszkańców Zawodzia.
Wojsko zamieszkujące ziemianki, w krótkim czasie opuściło tak starannie przygotowywane leża.  Opowiadała Matka, że jeszcze wieczorem jakiś Sowiet przyszedł do ich domu i prosił o kawałek szyby, aby zrobić sobie w ziemiance okienko, a na drugi dzień  już ich nie było. Czarnianie powstałą sytuację szybko wykorzystali i zagospodarowali wszystko, co w ziemiankach pozostało, w tym zwłaszcza całe drewno użyte do budowy stropów i wzmocnienia ścian. W Czarnej pozostali tylko radzieccy funkcjonariusze, którzy przystąpili do działań mających na celu utworzenie nowej władzy. Urzędem który postanowili obsadzić w pierwszej kolejności, był urząd sołtysa. Podobno odbyło się to tak: Człowieka, którego wg. jakichś tam kryteriów wytypowali na to stanowisko, informowali krótko: " Budiesz sołtysom "...  Kiedy ten bronił się przed objęciem nowej funkcji słowami "ja nie mogę, bo ja ni czytaty, ni pisaty", odpowiadali..." Nie szkodzi... Budiesz sołtysom ".  Kto został pierwszym sołtysem w  Czarnej po wojnie - nie wiem. 
Jeśli ktoś jednak uważa, że wraz z zakończeniem wojny nastąpiła w Czarnej sielanka, ten bardzo się myli. Bo oto wśród wielu rzeczy, które zaczęły dziać się w związku z nową sytuacją, spełniało się też znane przekleństwo "obyś żył w ciekawych czasach". Przez pewien, na szczęście krótki choć niewątpliwie bardzo ciekawy czas, dochodziło w  Czarnej do gróźb i porachunków, a nawet zabójstw.  I o takim przypadku wspomina w swej relacji pan Borcz z  Łańcuta, choć nie podaje że wydarzenie to miało miejsce w Czarnej. Chodzi o zastrzelenie jednego z promowych przewoźników, przez czarnieńskie podziemie. Ja na sprawę tą natknąłem się będąc kiedyś w muzeum w Rzeszowie, na wystawie poświęconej historii ruchu robotniczego. I tam moją uwagę zwrócił plakat, na którym zamordowany "przez bandyckie podziemie" Czarnianin, określony został jako bohater, który poległ w słusznej, proletariackiej sprawie.
Zdarzenie to spowodowało, że próbowałem na ten temat dowiedzieć się czegoś więcej. I choć bez trudu mogłem  znaleźć tych, którzy gotowi byli opowiadać o tym wydarzeniu i niektórych innych, mało budujących sprawach, to najciekawszą chyba rzecz powiedział mi mój Ojciec. Powiedział, że Czarnianie dość szybko zrozumieli, że należy natychmiast zaprzestać wzajemnych porachunków, bo zabicie kogoś rodzi odwet, a ten z kolei powoduje kolejną zemstę i w ten sposób nakręca się spirala przemocy. Nie wiem, czy doszło do jakichś rozmów w tej sprawie między zainteresowanymi czy też wszystko odbyło się spontanicznie, ale fakt pozostaje faktem, że wzajemne porachunki ustały. Ludzie chcieli cieszyć się życiem, ludzie chcieli zapomnieć, a tych, którzy popełnili czyny niegodne lub byli tylko o nie podejrzani, zdecydowano pozostawić osądowi Bożemu i był to rodzaj testamentu tamtego pokolenia. Dlatego moim zdaniem każdy, kto kiedykolwiek chciał będzie w sposób profesjonalny i wyczerpujący raz jeszcze napisać czarnieńską historię, powinien tę wolę uszanować.
Ostatnia, związana z tamtym okresem walka w  Czarnej, rozegrała się na moich oczach wiele lat po wojnie, na zabawie tanecznej przy Ośrodku Zdrowia na Zawodziu, a walczyło dwóch staruszków. Walczący początkowo na pięści seniorzy szybko opadli z sił i później, leżąc już na trawie, tylko się kopali. Kiedy po powrocie do domu opowiedziałem o zajściu Matce, ta oświadczyła, że domyśla się kto z kim walczył, ale nawet ja nie chciałem już rozwijać tego tematu. Wolałem szybko wskoczyć na motor i pognać tam, gdzie koledzy grali w piłkę. 
Jest jeszcze cały szereg innych wydarzeń, które miały miejsce w  Czarnej lub okolicy, które mocno przeżywano i o których dużo i długo po wojnie opowiadano. I  ja dobrze pamiętam ten dzień, kiedy Matka wbiegła do domu i już od progu podniesionym głosem informowała Ojca, że "złapali  Kokota". I  te późniejsze plotki, w których usiłowano dociec, jak to się stało, że ten zbrodniarz uniknął kary śmierci..  Bo to on był tym, który tropił m.in. ukrywającą się w bażantarni młodą Żydówkę, którą znała  moja Matka z czasu, gdy przez krótki okres uczęszczała do szkoły w  Łańcucie. Dziewczyna ta z racji swej nieprzeciętnej urody, nazywana była przez niektórych, Miss  Łańcuta. A według świadka, który mi o tym opowiadał, jej ostatnia droga wyglądała następująco:  Kokot, który dopadł ją po krótkim pościgu wśród jakichś opłotków, gnał ją nago, na żydowski cmentarz. A ona co kilka kroków odwracała się, padała mu do nóg i całowała jego buty, prosząc o darowanie życia.
Moi, wracający furmanką z targu w Łańcucie Rodzice byli też świadkami, jak od strony stacji kolejowej w stronę centrum miasta i najprawdopodobniej cmentarza, wlokła się żydowska rodzina. Ci, przez nikogo nie pilnowani, idący na rozstrzelanie dorośli wraz z dziećmi, wyglądali na bardzo osłabionych i chorych. Rodzice moi, przejeżdżając kiedyś obok wspomnianej stacji, usłyszeli krzyki. Okazało sie, że w jednym z wagonów, transportowani  Żydzi wyłamali deski i jeden z nich wyskoczył w biegu na tory.  Ten krzyczący ranny człowiek, leżał tam jakiś czas. A potem, jak opowiadała Matka, "te strzały i cisza".
Zdumiewało mnie nieraz, jak wtedy, kiedy nie było radia i telewizji, szybko rozchodziły się informacje.  Bo przecież i w  Czarnej wiedziano niemal natychmiast, że jeden z rozstrzeliwanych na przedmieściach  Łańcuta więźniów, młody chłopiec, wołał przed śmiercią - Mamo! Nadmierne gadulstwo i plotkarstwo, to były rzeczy mocno potępiane przez wszystkie podziemne organizacje. Ale i tak przecież szeroko komentowane były takie akcje, jak choćby spalenie pociągu z amunicją miedzy  Krzemienicą a Strażowem, zasadzka na Niemców w czarnieńskim lesie, w trakcie której zginął również Polak, leśniczy, czy akcja przecięcia przewodów elektrycznych i udaremnienia wysadzenia składów amunicji na  Dąbrówkach.  Jak przez mgłę przypominam sobie też opowieści o jakiejś nocnej akcji na posterunek, w trakcie której żandarmi wyskakiwali przez okna w kalesonach, choć nie mam pewności czy miało to miejsce w  Czarnej. Podobnie z uwięzionym partyzantem, któremu podziemie dostarczyło truciznę, gdy przekazał informację, że dłużej nie wytrzyma tortur i zacznie sypać. Pewnie nie da się ustalić już dziś też, kim naprawdę byli mówiący po rosyjsku dwaj mężczyźni, którzy przeprawiali się promem i podając za uciekinierów z obozu, szukali kontaktu z podziemiem, jak i tożsamości tych, których ciała przyniosła do Czarnej woda. Sprawą mocno bulwersującą ówczesnych  Czarnian i uznawaną za szczyt głupoty, było też zdarzenie, kiedy to chłopaki, którzy na "muzyce" pokłócili się o dziewczyny, poszli z zemsty na posterunek, aby poinformować, że ten i ten jest "leśny".  I  jeżeli znów wydarzenie takie miało miejsce, to byłby to niewątpliwy sukces Niemców, którzy przecież z zadowoleniem przyjęli by fakt, gdyby Polacy zaczęli walczyć między sobą. 
Dziś, kiedy rozmyślam nad czasem, w którym przyszło mi żyć, mam świadomość, że skarb, jakim jest życie w pokoju, zawdzięczam w dużej mierze tym, którzy w tamtych ciężkich czasach dokonywać musieli trudnych wyborów, a żołnierską i partyzancką przysięgę składali samemu Bogu Wszechmogącemu. I  choć od czasu, kiedy pisałem pracę maturalną wiele wody upłynęło w  Wisłoku, moje wspomnienie o wojnie w Czarnej oparte na relacjach świadków, zakończę tak, jak zakończyłem wtedy analizę postaw bohaterów pewnej książki. Było to zdanie o tym, że wojna, czyniąc z niektórych przestępców i zbrodniarzy, a z niektórych bohaterów, nie jest tak naprawdę nikomu potrzebna.  Kwintesencją takiej postawy jest zawsze aktualny zwrot, który znało również każde urodzone po wojnie dziecko, a brzmi on: Nigdy więcej wojny!  

 Adam  Rejman,  Czarnianin z  Zawodzia...rocznik 1948...

4 komentarze:

  1. Wszystkich miłośników historii ziemi łańcuckiej pragnę poinformować, że stało się coś, co wydawało się już niemożliwe i coś, co na na zawsze miały przykryć mroki niepamięci... Bo oto po 70 latach ujawnione zostało nazwisko partyzanta-bohatera, który spalił niemiecki pociąg z amunicją w wąwozie między Krzemienicą a Strażowem i który w obawie o swoje życie musiał po wojnie pozostać anonimowy i musiał zniknąć A jak się nazywał, dowiedzieć się można z materiału wspomnieniowego zamieszczonego 11 stycznia 2014 roku w portalu regopedia.pl PODKARPACKIE - " Obwód AK Łańcut " , autorstwa Pana Andrzeja Borcza... Bohater ten, to żołnierz AK PIOTR BYTNAR ps. " BABINICZ.".....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz kolego według naocznych świadków z którymi rozmawiałem kilkanaście lat temu o wysadzeniu pociągu pod Krzemienicą to właśnie wersja o udziale Jana Welca ps. Herkules i osłaniającego go Onufrego Rzeszutko ps. Spokojny jest autentyczna.

      Usuń
    2. @Anonimowy 29 lipca 2017 11 : 35... Dziękuję za wpis i myślę że warto byś w tej sprawie skontaktował się z p. Andrzejem Borczem który wszystkie te wojenne historie z okolic Łańcuta zbiera , porządkuje i publikuje... Pozdrawiam...

      Usuń
  2. Okazuje się, że ciągle jeszcze znależć można ciekawe informacje o czasach wojny i to nie w jakichś archiwach albo za pomocą łopaty archeologicznej, ale w internecie... Ja przypadkiem natrafiłem na informację / Gazeta Łańcucka SIERPIEŃ - WRZESIEŃ 2014 Nr 7,8 / 229,230 " Obwód SZP - ZWZ - AK Łańcut w latach 1939 - 1945 " autor Andrzej Borcz / o tym, że w czasie wojny miało miejsce takie wydarzenie jak opanowanie Urzędu Gminy Zbiorowej i poczty w Czarnej i dokonanie tam sabotażu. Wydaje się więc, że jest to potwierdzenie tej historii o której mi opowiadano, z czego zapamiętałem tych wyskakujących oknami nocą w kalesonach funkcjonariuszy, którzy w ten sposób ratowali swoje życie... Niestety, w publikacji brak informacji czy przedstawioną akcję przeprowadzili czarnieńscy partyzanci, czy była to jakaś grupa z innej miejscowości, co często tak było praktykowane... W tejże publikacji przedstawione są dwie wersje wydarzeń związanych ze spaleniem niemieckiego pociągu amunicyjnego między Krzemienicą a Strażowem. .. Jedna, o czym już wspominałem, czyn ten przypisuje żołnierzowi AK Piotrowi Bytnarowi ps. " Babinicz " , który jako nastawniczy na stacji kolejowej w Łańcucie, umieścił materiał zapalający na tejże właśnie stacji. .. I wersja druga która podaje że eksplozję tego pociągu wykonali w dniu 26.07.1944 przez założenie miny w Krzemienicy , żołnierze AK, Jan Welc ps. " Herkules " oraz Onufry Rzeszutko ps. " Spokojny ". Wynika z tego, że wszystko wyglądało prawdopodobnie inaczej, niż to, co słyszałem w opowiadaniach, według których czynu tego dokonał w tamtym wąwozie nieznany z nazwiska jeden człowiek, rzucając w przejeżdżający pociąg butelkę z benzyną... Ale tego jak było naprawdę pewnie nie dowiemy się nigdy. .. Zachęcam wszystkich interesujących się historią do odnalezienia wspomnianej na początku publikacji i zapoznania się z nią, bo jest tam opisanych wiele innych jeszcze historii, które są wiarygodne, bo oparte na dokumentach i z pewnością relacjach uczestników tamtych wydarzeń.

    OdpowiedzUsuń